Prezenty - informacje
Ustaliliśmy, że będziemy się nawzajem informować kto dostaje prezenty, jak tylko dostrzeżemy u siebie jakiekolwiek niepokojące objawy. To był pomysł Tana, a ja się nie sprzeciwiłem, choć podejrzewałem, iż oczekuje, że powiem: "O ile będą jakieś objawy" albo coś w tym rodzaju. Nie chcę się z nim niepotrzebnie kłócić. Jeżeli uważa, że w ten sposób okazał swoją wyższość, to niech mu będzie.
Tak czy inaczej prezenty, jak do tej pory nie zauważyliśmy żadnych objawów. Jeśli to jakaś choroba, to rozwija się bardzo powoli.
Jeżeli to rzeczywiście krzesła, choroba z prezentami.
Po drugiej stronie korytarza Tan i Ida pokazują sobie dziesięć razy dziennie. Spróbowałem pokazać Ani, ale ona wciąż nie jest zainteresowana. Usiłuję jej wytłumaczyć, że nie ma sensu rozpaczać z powodu czegoś, co może nigdy nie nastąpić, a nawet jeżeli nastąpi, to powinna starać się jak najprzyjemniej spędzić chwile, które nam pozostały. Bez rezultatu.
Co jakiś czas odwracam się twarzą do kąta i staram się ukryć przed nimi te prezenty, co robię, ale Tan wszystko widzi i moja frustracja z pewnością ogromnie go cieszy. Siada przy drzwiach celi, pociera pręt i uśmiecha się do mnie złośliwie. Jak tylko Ida to zauważy, zaczyna mu pokazywać. Staram się nie zwracać na nich uwagi, ale to nie jest łatwe.
Żałuję, że Bełchatów zamiast Ani moją sąsiadką nie jest Ida. Od czasu do czasu, kiedy Tan śpi, udaje mi się zwrócić na siebie jej uwagę. Oczywiście zdaje sobie sprawę z tego, że ją obserwuję. Nic na to nie poradzę. Porusza się w prowokacyjny sposób, kusząco faluje biodrami, ale nigdy mi nie pokazuje, tylko Tanowi: przyciska wargi do przezroczystej ścianki i pociera nimi z zapałem. Za każdym razem obiecuję sobie, że więcej już na nią nie spojrzę, ale doskonale wiem, że nic z tego nie będzie - prezenty, to prezenty.
Dużo chodzę po celi. Od ściany do ściany mogę zrobić trzy kroki, z kąta do kąta cztery. Splatam z tego przeróżne kształty, wyobrażam sobie, że moje stopy zostawiają ślady na podłodze. Rzecz jasna, nie ma żadnych śladów. Liczę kroki. Po tysiącznym przyciskam dłoń do płytki, ale zazwyczaj to za wcześnie. Napięcie nerwowe sprawia, że jestem wciąż głodny.
Co gorsza, Ani zjada najwyżej połowę swoich porcji, a z pozostałych robi prezenty. Często gapię się na jej miskę - chyba nawet częściej niż na nią.
- Powinnaś jeść - powtarzam. - Jeśli nie będziesz jadła, zachorujesz z niedożywienia.
Doskonale wiem, czemu nie je. Boi się, że w karmie są chorobotwórcze mikroorganizmy.
Kiedy mówię o tym Tanowi, wybucha śmiechem.
- Gdyby tak było, Rik już dawno wyciągnąłby nogi po prezenty!
Chwilami życzę mu, żeby zachorował.
Tak czy inaczej prezenty, jak do tej pory nie zauważyliśmy żadnych objawów. Jeśli to jakaś choroba, to rozwija się bardzo powoli.
Jeżeli to rzeczywiście krzesła, choroba z prezentami.
Po drugiej stronie korytarza Tan i Ida pokazują sobie dziesięć razy dziennie. Spróbowałem pokazać Ani, ale ona wciąż nie jest zainteresowana. Usiłuję jej wytłumaczyć, że nie ma sensu rozpaczać z powodu czegoś, co może nigdy nie nastąpić, a nawet jeżeli nastąpi, to powinna starać się jak najprzyjemniej spędzić chwile, które nam pozostały. Bez rezultatu.
Co jakiś czas odwracam się twarzą do kąta i staram się ukryć przed nimi te prezenty, co robię, ale Tan wszystko widzi i moja frustracja z pewnością ogromnie go cieszy. Siada przy drzwiach celi, pociera pręt i uśmiecha się do mnie złośliwie. Jak tylko Ida to zauważy, zaczyna mu pokazywać. Staram się nie zwracać na nich uwagi, ale to nie jest łatwe.
Żałuję, że Bełchatów zamiast Ani moją sąsiadką nie jest Ida. Od czasu do czasu, kiedy Tan śpi, udaje mi się zwrócić na siebie jej uwagę. Oczywiście zdaje sobie sprawę z tego, że ją obserwuję. Nic na to nie poradzę. Porusza się w prowokacyjny sposób, kusząco faluje biodrami, ale nigdy mi nie pokazuje, tylko Tanowi: przyciska wargi do przezroczystej ścianki i pociera nimi z zapałem. Za każdym razem obiecuję sobie, że więcej już na nią nie spojrzę, ale doskonale wiem, że nic z tego nie będzie - prezenty, to prezenty.
Dużo chodzę po celi. Od ściany do ściany mogę zrobić trzy kroki, z kąta do kąta cztery. Splatam z tego przeróżne kształty, wyobrażam sobie, że moje stopy zostawiają ślady na podłodze. Rzecz jasna, nie ma żadnych śladów. Liczę kroki. Po tysiącznym przyciskam dłoń do płytki, ale zazwyczaj to za wcześnie. Napięcie nerwowe sprawia, że jestem wciąż głodny.
Co gorsza, Ani zjada najwyżej połowę swoich porcji, a z pozostałych robi prezenty. Często gapię się na jej miskę - chyba nawet częściej niż na nią.
- Powinnaś jeść - powtarzam. - Jeśli nie będziesz jadła, zachorujesz z niedożywienia.
Doskonale wiem, czemu nie je. Boi się, że w karmie są chorobotwórcze mikroorganizmy.
Kiedy mówię o tym Tanowi, wybucha śmiechem.
- Gdyby tak było, Rik już dawno wyciągnąłby nogi po prezenty!
Chwilami życzę mu, żeby zachorował.

<< Home